Dwa dni w jednym poscie bo i duzo sie u nas nie dzieje.
Wstajemy przed osma, przegryzka albo i nie i idziemy na basen. Zaraz obok naszego hostelu jest hotel z basenem. Za 3usd od doroslej osoby mozemy sobie w nim plywac przez caly dzien. Kolo poludnia slonce jest tak ostre, ze nie da sie wysiedziec nawet na basenie, wiec jedziemy na soki i jedzonko. Przed 15 zaczynamy kolejna zabawe w wodzie. I tak prawie do wieczora. Totalna laba. Jest wspaniale!
Nie kapiemy sie w oceanie, bo po kolejnej probie doszlismy do wniosku, ze w basenie jest bezpieczniej. Mielismy niemila przygode, ktora na szczescie dobrze sie skonczyla, ale awersja do fal zostala.
PS.
Specjalna wiadomosc dla Igusia i Krzysia od Matylki:
Skacze na bombe! Najchetniej przez caly dzien bym skakala, ale rodzice kolo poludnia mnie stad zabieraja na jedzonko a potem zasypiam jadac na motorku, wiec zostaje mi na skakanie tylko kilka godzin. Jak sie spotkamy to Wam pokaze jak to robie.
PS2
Niesamowita Zosia-Samosia z tej naszej Matylki jest. Zapytalam ja dzisiaj czy ja jestem jej jeszcze do czegos potrzebna. Odpowiedziala, ze tak. Mam gotowac, bo dzieci nie moga dotykac goracego. I mam jej pilnowac, bo inaczej moze sie zgubic. Z cala reszta da sobie rade.
piątek, 11 listopada 2011
czwartek, 10 listopada 2011
Negombo, 09.11.2011, 35stC
Pobudka o 6:30 i pakowanie polaczone z poszukiwaniem lekow, bo cos mnie znowu rozklada. Wyglada na to, ze urlop bez przeziebienia to nie urlop. Konczymy pakowanie, zegnamy naszego gospodarza, ktory oczywiscie zaprasza nas ponownie i jedziemy na dworzec autobusowy.
Odjazd autobusu dopiero za 45 min, wiec jest czas, zeby kupic sniadanko i jakies przekaski.
Wszystkie kupione przez nas przekąski pakowane były w oryginalne opakowania. W większości były to posklejane kartki z zeszytów szkolnych, książek, gazet ale zdarzyła się też torebka zrobiona ze zlecenia na wywołanie zdjęć. Tutaj nic się nie marnuje ;)
O 9:15 ruszamy i o 13:00 jestesmy na miejscu.
W czasie, kiedy my wyciagamy plecaki z autobusu Matylka zajmuje sobie miejsce na poboczu drogi. Chwila ciszy i slysze placz. Okazalo sie, ze cos, co wyglada na porosniety teren jest w rzeczywistosci rowem melioracyjnym i tam Matylka chciala przycupnac a skonczylo sie na kapieli. Nic to, bierzemy tuk-tuka i prosimy, zeby nas zawiozl do jakiegos milego, taniego hostelu. Ogladamy kilka i ostatecznie decydujemy sie na Angel Inn. Budynek wyglada na nowy i chyba tak jest. W pokoju nie ma zadnego zapachu, posciel jest czysta, reczniki wyprane, materace na sprezynach a nie z gabki, wiecie - luksusy (za jedyne 20usd/noc)! Jestesmy zachwyceni i po szybkim prysznicu idziemy w miasto na maly rekonesans. Po drodze zatrzymujemy sie na swieze soki i "juz"po 30 min je otrzymujemy (mimo, ze bylismy jedynymi klientami).
Kawalek dalej jest punkt wynajmu rowerow, motorow i samochodow. Wychodzimy, czy raczej wyjezdzamy z niego na skuterze. Hurra! Za 45usd (lacznie z ubezpieczeniem) mamy skuter do niedzieli wieczorem. To teraz jestesmy super mobilni.
Czas isc na plaze. Bardzo podobna do tej na Goa, moze tylko odrobine bardziej zanieczyszczona. Szkoda, bo mogloby byc pieknie. Za to woda ciepla, cos kolo 28-29st. Na tyle ciepla, ze przyjemniej bylo siedziec w wodzie niz na wietrznym brzegu. Przy brzegu jest tez mocno zmacona przez podnoszony z dna piasek. Nie ma tego lazurowego koloru, raczej ciemny bez, ale i tak jest fantastycznie. Pewnie jak pogoda sie unormuje, fale nie beda tak wysokie bedzie slicznie.
Po paru godzinach jedziemy na kolacje i zamawiamy tez swiezo wyciskane soki. Pychota! Dziwne, ze dopiero tutaj takie soki sa na porzadku dziennym w miejscach, ktore odwiedzalismy wczesniej nie bylo ich w ofercie.
Samo miasto az roi sie od bialych. Jest idealnie zlokalizowane, bo pewnie ze 20 min stad jest lotnisko dlatego ci swiezo po przyjezdzie i ci przed wyjazdem lubia je odwiedzac.
Czas na odpoczynek. Spanie w czystej poscieli jest takie przyjemne...
PS.
Wczoraj Mati postanowila, ze chce sobie urodzic dzidziusia. Wie, ze musi do tego troche urosnac i musza jej urosnac cycuszki a wtedy sobie znajdzie meza. Skad pomysl, ze biust cos ulatwi?
Odjazd autobusu dopiero za 45 min, wiec jest czas, zeby kupic sniadanko i jakies przekaski.
Wszystkie kupione przez nas przekąski pakowane były w oryginalne opakowania. W większości były to posklejane kartki z zeszytów szkolnych, książek, gazet ale zdarzyła się też torebka zrobiona ze zlecenia na wywołanie zdjęć. Tutaj nic się nie marnuje ;)
O 9:15 ruszamy i o 13:00 jestesmy na miejscu.
W czasie, kiedy my wyciagamy plecaki z autobusu Matylka zajmuje sobie miejsce na poboczu drogi. Chwila ciszy i slysze placz. Okazalo sie, ze cos, co wyglada na porosniety teren jest w rzeczywistosci rowem melioracyjnym i tam Matylka chciala przycupnac a skonczylo sie na kapieli. Nic to, bierzemy tuk-tuka i prosimy, zeby nas zawiozl do jakiegos milego, taniego hostelu. Ogladamy kilka i ostatecznie decydujemy sie na Angel Inn. Budynek wyglada na nowy i chyba tak jest. W pokoju nie ma zadnego zapachu, posciel jest czysta, reczniki wyprane, materace na sprezynach a nie z gabki, wiecie - luksusy (za jedyne 20usd/noc)! Jestesmy zachwyceni i po szybkim prysznicu idziemy w miasto na maly rekonesans. Po drodze zatrzymujemy sie na swieze soki i "juz"po 30 min je otrzymujemy (mimo, ze bylismy jedynymi klientami).
Kawalek dalej jest punkt wynajmu rowerow, motorow i samochodow. Wychodzimy, czy raczej wyjezdzamy z niego na skuterze. Hurra! Za 45usd (lacznie z ubezpieczeniem) mamy skuter do niedzieli wieczorem. To teraz jestesmy super mobilni.
Czas isc na plaze. Bardzo podobna do tej na Goa, moze tylko odrobine bardziej zanieczyszczona. Szkoda, bo mogloby byc pieknie. Za to woda ciepla, cos kolo 28-29st. Na tyle ciepla, ze przyjemniej bylo siedziec w wodzie niz na wietrznym brzegu. Przy brzegu jest tez mocno zmacona przez podnoszony z dna piasek. Nie ma tego lazurowego koloru, raczej ciemny bez, ale i tak jest fantastycznie. Pewnie jak pogoda sie unormuje, fale nie beda tak wysokie bedzie slicznie.
Po paru godzinach jedziemy na kolacje i zamawiamy tez swiezo wyciskane soki. Pychota! Dziwne, ze dopiero tutaj takie soki sa na porzadku dziennym w miejscach, ktore odwiedzalismy wczesniej nie bylo ich w ofercie.
Samo miasto az roi sie od bialych. Jest idealnie zlokalizowane, bo pewnie ze 20 min stad jest lotnisko dlatego ci swiezo po przyjezdzie i ci przed wyjazdem lubia je odwiedzac.
Czas na odpoczynek. Spanie w czystej poscieli jest takie przyjemne...
PS.
Wczoraj Mati postanowila, ze chce sobie urodzic dzidziusia. Wie, ze musi do tego troche urosnac i musza jej urosnac cycuszki a wtedy sobie znajdzie meza. Skad pomysl, ze biust cos ulatwi?
środa, 9 listopada 2011
Sigiriya, Dambulla 08.11.2011, 32stC
Pobudka o 5:40(tak, tak przeciez to urlop) i o 6:30 ruszamy juz klimatyzowanym autobusem (to nasz pierwszy raz, bo w publicznych jedyny nawiew to ten z otwartego okna). Dwie godziny i jestesmy w Dambulli przesiadamy sie do kolejnego autobusu, ktory jedzie do Sigirii (20km w jakies 30min). Po raz enty tego dnia tuk-tuk oferuje swoje uslugi a my po raz enty odmawiamy. I pierwszy raz dzisiaj tego zalujemy. Z miejsca, w ktorym wysiedlismy wydawalo sie, ze gora, do ktorej zmierzamy jest blisko, aby kupic bilety trzeba jednak mooooocno odbic i to wydluza marsz. Matylka szybko sie zmeczyla i trzeba bylo ja niesc. Dotarlismy do kas biletowych i placac jakies 30usd/os moglismy wejsc na teren i podziwiac Lion Rock (370m npm) od strony ogrodow.
Gora to zastygla magma i juz w Vwp.n.e sluzyla mnichom jako swiatynia. Potem jakis krewki krol, ktory wymordowal rodzine, zeby dostac tron przeniosl w to miejsce swoja siedzibe.
To tyle historii trzeba "tylko" wejsc na ta gore. Niby prosto, bo po schodach, ale... Na szczescie zaczepil nas facet, ktory za 10 a potem nawet za 5usd chcial niesc Matylke. I jak to podsumowal M: najlepiej wydane pieniadze na tym wyjezdzie. Niby dopiero chodzilismy po chinskich gorach i pokonalismy tysiace schodow, ale o maly wlos a na ta gore bysmy sie nie wdrapali. Zar lal sie z nieba, powietrze stalo, wody wzielismy za malo... Szkoda slow, ale jak wreszcie stanelismy na szczycie i zlapalismy oddech moglismy delektowac sie widokami. Bardzo zalowalismy, ze basen, ktory jest na szczycie juz nie pelni swojej roli. Tzn nikt by nam pewnie nie zabronil sie w nim kapac, a nawet nasz pomagier nas do tego zachecal, ale woda byla tak brudna, ze tylko sie usmialismy na mysl o kapieli. Za to ogladalismy przepiekne freski kobiet wymalowane w jaskiniach. Czesc z nich zostala niestety zamalowana, bo kiedy znowu wprowadzili sie tam mnisi polnagie kobiety na scianach rozpraszaly ich.
Droga powrotna ze szczytu tez do najprostszych nie nalezala, bo schodki sa tak krotkie, ze biala stopa sie na nich nie miesci i trzeba bylo bokiem schodzic. Wrocilismy autobusem do Dambulla. Niby ta sama ilosc kilometrow, ale droga powrotna zajela nam godzine. Mam wrazenie, ze kierowca za punkt honoru przyjal sobie zabranie do srodka calego miasteczka. Dramat. Duchota, skwar, Matylka chce do lazienki...
Dojechalismy wreszcie, wynegocjowalismy z tuk-tukiem cene za podwozke do swiatyni (4usd) i za chwile moglismy podziwiac Golden Temple. Kupujemy bileciki(11usd/os) i juz, juz jestesmy. Na kazdym kolejnym szczycie schodow wydaje sie nam, ze wyzej juz nie mozna, ale zeby zobaczyc to, co kryja jaskinie trzeba pokonac baaaardzo wiele schodow. Kierowca dal nam godzine i juz mialam mu mowic, ze az tyle nie potrzebujemy, ale na szczescie tego nie zrobilam, bo z zejsciem na dol wyzyta tu trwala jakas godzine i dziesiec minut. I znowu musze powiedziec, ze warto bylo. Jaskinie zostaly zagospodarowane przez mnichow jakos w Iw pne. W pieciu jaskiniach znajduje sie killkadziesiat posagow Buddy i fantastyczne malowidla na scianach i sufitach. Piekne to wszystko! A w okolicy jest okolo osiemdziesieciu jaskin, wiec byloby co ogladac gdybysmy mieli wiecej czasu. Zaplanowalismy jednak, ze to bedzie jeden, ostatni dzien przeznaczony na zwiedzanie. Okazalo sie, ze jest tez najbardziej intensywny, ale juz koniec, wracamy do Kandy.
Szybka kolacja pozegnalna u naszych chlopakow, bo jutro ruszamy do Negombo polezec na plazy i pokapac sie w oceanie.
PS
Wracajac do jazdy zatloczonym autobusem w temperaturze powyzej 30st, to musze powiedziec, ze zaskoczeniem dla mnie byl zapach, czy raczej jego brak. Ci ludzie faktycznie sie nie poca, jezeli cos poczujesz to najpewniej w aucie siedzi jakis bialas...
Gora to zastygla magma i juz w Vwp.n.e sluzyla mnichom jako swiatynia. Potem jakis krewki krol, ktory wymordowal rodzine, zeby dostac tron przeniosl w to miejsce swoja siedzibe.
To tyle historii trzeba "tylko" wejsc na ta gore. Niby prosto, bo po schodach, ale... Na szczescie zaczepil nas facet, ktory za 10 a potem nawet za 5usd chcial niesc Matylke. I jak to podsumowal M: najlepiej wydane pieniadze na tym wyjezdzie. Niby dopiero chodzilismy po chinskich gorach i pokonalismy tysiace schodow, ale o maly wlos a na ta gore bysmy sie nie wdrapali. Zar lal sie z nieba, powietrze stalo, wody wzielismy za malo... Szkoda slow, ale jak wreszcie stanelismy na szczycie i zlapalismy oddech moglismy delektowac sie widokami. Bardzo zalowalismy, ze basen, ktory jest na szczycie juz nie pelni swojej roli. Tzn nikt by nam pewnie nie zabronil sie w nim kapac, a nawet nasz pomagier nas do tego zachecal, ale woda byla tak brudna, ze tylko sie usmialismy na mysl o kapieli. Za to ogladalismy przepiekne freski kobiet wymalowane w jaskiniach. Czesc z nich zostala niestety zamalowana, bo kiedy znowu wprowadzili sie tam mnisi polnagie kobiety na scianach rozpraszaly ich.
Droga powrotna ze szczytu tez do najprostszych nie nalezala, bo schodki sa tak krotkie, ze biala stopa sie na nich nie miesci i trzeba bylo bokiem schodzic. Wrocilismy autobusem do Dambulla. Niby ta sama ilosc kilometrow, ale droga powrotna zajela nam godzine. Mam wrazenie, ze kierowca za punkt honoru przyjal sobie zabranie do srodka calego miasteczka. Dramat. Duchota, skwar, Matylka chce do lazienki...
Dojechalismy wreszcie, wynegocjowalismy z tuk-tukiem cene za podwozke do swiatyni (4usd) i za chwile moglismy podziwiac Golden Temple. Kupujemy bileciki(11usd/os) i juz, juz jestesmy. Na kazdym kolejnym szczycie schodow wydaje sie nam, ze wyzej juz nie mozna, ale zeby zobaczyc to, co kryja jaskinie trzeba pokonac baaaardzo wiele schodow. Kierowca dal nam godzine i juz mialam mu mowic, ze az tyle nie potrzebujemy, ale na szczescie tego nie zrobilam, bo z zejsciem na dol wyzyta tu trwala jakas godzine i dziesiec minut. I znowu musze powiedziec, ze warto bylo. Jaskinie zostaly zagospodarowane przez mnichow jakos w Iw pne. W pieciu jaskiniach znajduje sie killkadziesiat posagow Buddy i fantastyczne malowidla na scianach i sufitach. Piekne to wszystko! A w okolicy jest okolo osiemdziesieciu jaskin, wiec byloby co ogladac gdybysmy mieli wiecej czasu. Zaplanowalismy jednak, ze to bedzie jeden, ostatni dzien przeznaczony na zwiedzanie. Okazalo sie, ze jest tez najbardziej intensywny, ale juz koniec, wracamy do Kandy.
Szybka kolacja pozegnalna u naszych chlopakow, bo jutro ruszamy do Negombo polezec na plazy i pokapac sie w oceanie.
PS
Wracajac do jazdy zatloczonym autobusem w temperaturze powyzej 30st, to musze powiedziec, ze zaskoczeniem dla mnie byl zapach, czy raczej jego brak. Ci ludzie faktycznie sie nie poca, jezeli cos poczujesz to najpewniej w aucie siedzi jakis bialas...
wtorek, 8 listopada 2011
Peradenyia, Kandy 07.11.2011 30stC
Dzisiejszy dzien przeznaczylismy na zwiedzanie Kandy. Wychodzac z hotelu zlapal nas tuk-tuk i za 9usd obiecal obwiezc po atrakcjach tego miasta. Zaczelismy od wizyty ogrodzie botanicznym Peradenyia (10usd/os). Na prawie 60ha znalazlo sie miejsce dla tysiecy roslin. Niesamowite wrazenie robia np gigantyczne bambusy i obsypane kwiatami drzewa.
Lankijczycy tez doceniaja uroki tego miejsca, bo nigdzie indziej nie widzielismy takiej ilosci par trzymajacych sie za rece. Mnostwo zakochanych siedzialo na korzeniach drzew pod gigantycznymi koronami. Rozczarowal nas mocno pawilon orchidei, gdzie bylo ich raptem pare sztuk i to zupelnie banalnych (ale fotogenicznych). A i jeszcze widzielismy tu tysiace nietoperzy. W palacym sloncu wisialy na galeziach jazgoczac niemilosiernie.
Kolejnym punktem wycieczki byl Wielki Budda, czyli ogromny posag na szczycie gory widoczny chyba z kazdego punktu w Kandy.
Szybki przejazd do punktu widokowego, gdzie bylo kilka sklepow z batikiem i bizuteria o drobnych sprzedawcach nie wspomne. Ku rozpaczy naszego kierowcy nie chcielismy wejsc do zadnego z tych wyjatkowych miejsc.
Wreszcie nadszedl moment, na ktory czekalismy. Weszlismy (10usd/os) do tej rozslawionej swiatyni, w ktorej przechowywany jest zab Buddy. Przed wejsciem kontrola bagazu i bramki, bo ktos kiedys chcial podlozyc tu materialy wybuchowe. W samej swiatyni atmosfera skupienia i modlitwy, zapach kadzidel i swiezych kwiatow. Zebow nie widzielismy, bo z odleglosci kilkunastu metrow nie mielismy raczej szans ;)
Na wlasnych nogach dotarlismy juz w okolice naszej ulubionej jadlodajni i czas byl najwyzszy, bo znowu zaczelo lac.
A po powrocie do hotelu mila niespodzianka, bo wlasciciel przygotowal nam kawke (siki, ale dla mnie ok), ciasteczka i banany. Taki drobny poczestunek. Nie ma sie co dziwic - mielismy zabawic tu jedna noc a zostalismy 4 a wiekszosc pokoi stoi pusta.
PS.
Wiecie jaki jest limit ugryzien przez komara na 1cm2? Ja tez nie wiem, ale obawiam sie, ze nie ma gornej granicy. Jescze nigdy nie bylam tak pokasana, ba w calym swoim zyciu lacznie nie mialam tylu ukaszn co w czasie tego wyjazdu.
I skora juz nam zeszla, na szczescie, i bol po tym jedym opalaniu tez juz minal ;)
Lankijczycy tez doceniaja uroki tego miejsca, bo nigdzie indziej nie widzielismy takiej ilosci par trzymajacych sie za rece. Mnostwo zakochanych siedzialo na korzeniach drzew pod gigantycznymi koronami. Rozczarowal nas mocno pawilon orchidei, gdzie bylo ich raptem pare sztuk i to zupelnie banalnych (ale fotogenicznych). A i jeszcze widzielismy tu tysiace nietoperzy. W palacym sloncu wisialy na galeziach jazgoczac niemilosiernie.
Kolejnym punktem wycieczki byl Wielki Budda, czyli ogromny posag na szczycie gory widoczny chyba z kazdego punktu w Kandy.
Szybki przejazd do punktu widokowego, gdzie bylo kilka sklepow z batikiem i bizuteria o drobnych sprzedawcach nie wspomne. Ku rozpaczy naszego kierowcy nie chcielismy wejsc do zadnego z tych wyjatkowych miejsc.
Wreszcie nadszedl moment, na ktory czekalismy. Weszlismy (10usd/os) do tej rozslawionej swiatyni, w ktorej przechowywany jest zab Buddy. Przed wejsciem kontrola bagazu i bramki, bo ktos kiedys chcial podlozyc tu materialy wybuchowe. W samej swiatyni atmosfera skupienia i modlitwy, zapach kadzidel i swiezych kwiatow. Zebow nie widzielismy, bo z odleglosci kilkunastu metrow nie mielismy raczej szans ;)
Na wlasnych nogach dotarlismy juz w okolice naszej ulubionej jadlodajni i czas byl najwyzszy, bo znowu zaczelo lac.
A po powrocie do hotelu mila niespodzianka, bo wlasciciel przygotowal nam kawke (siki, ale dla mnie ok), ciasteczka i banany. Taki drobny poczestunek. Nie ma sie co dziwic - mielismy zabawic tu jedna noc a zostalismy 4 a wiekszosc pokoi stoi pusta.
PS.
Wiecie jaki jest limit ugryzien przez komara na 1cm2? Ja tez nie wiem, ale obawiam sie, ze nie ma gornej granicy. Jescze nigdy nie bylam tak pokasana, ba w calym swoim zyciu lacznie nie mialam tylu ukaszn co w czasie tego wyjazdu.
I skora juz nam zeszla, na szczescie, i bol po tym jedym opalaniu tez juz minal ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)